niedziela, 5 czerwca 2011

15. Pożegnać to, czego się jeszcze nie poznało

Poniedziałek. Normalny dzień w szkole. Sandra co chwila poprawia włosy, Ans ciągle za nią chodzi, Norbert gada przez telefon, Klaudiusz zarywa do jakiejś laski, Monika rozmawia z wicedyrektorką, pani Konstancja (nauczycielka matematyki) chodzi na dyżurze, dresy podpierają parapety, kujony czytają wycinki tekstów spisanych przez Herodota, dziewczyny robią sobie słit focie w szkolnej łazience, chłopacy opowiadają o swoich weekendowych randkach albo szpanują telefonami, zegarkami.. A Hilary siedzi wpatrzona w ekran komórki. Kariny nie było w szkole. Ma złamane żebro, jest poobijana i przez półtora tygodnia na pewno będzie siedzieć w szpitalu. A wracając do Hilary to jest ona smutna. Bardzo. A wszystko zaczęło się dziś rano.
- Hilary! Dawid! Chodźcie do kuchni, mamy wam coś do powiedzenia! - zawołali rodzeństwo rodzice- Rozmawialiśmy z nauczycielami Hilary i dowiedzieliśmy się, że te uroczystości ze względu na rocznicę szkoły, lub coś, będą już w ten weekend. So.. We're flying to Dallas!
- What ?! - odpowiedziała Hi
- We come back to Dallas this Friday evening.
- Say what? This Friday ?!
- Sure..
- I do not agree! No! Never!
- Nie masz co tutaj mówić siorka.. Pojedziemy i tak, bez twoich błagań.
- Nie!
- Zrozum! Jedziemy!
- Ale ja mam konkurs! Nie mogę! Mogę wygrać 10 tys. zł!
- Nie wygrasz! Jedziemy do domu, koniec kropka, basta!
- Nie.. Nienawidzę was!
- Hilary.. - próbowała udobruchać córkę mama- I love you so much.. I know that it is hard for you..
- Yes! You don't even know how damn much it hurts me! Tu jest moje miejsce! Tam jestem jak odludek! Nie jadę! Nigdzie!
- Shut up! [matka uderza Hi w twarz] Niewdzięcznico..
- Jeśli to ma tak wyglądać.. - odezwał się ojciec- Nie chcę, żeby się nam relacje zniszczyły przez to.  Załatwmy to inaczej...
- Jakie relacje?! Wy nic o mnie nie wiecie! Nothing! Nawet nie znacie mojego marzenia, nie wiecie co mi drzemie w duszy, nic! Nie znacie mnie! Nie znacie moich problemów! Ja nie mogę stąd wyjechać! NIE MOGĘ !!! NEVER!
- Musisz!
- Nic nie muszę.. W rodzinie zobowiązująca jest tylko miłość. Ja was nią zbytnio nie darzę. Tak juz jest. Wybaczcie, spieszy mi się.
- Słu.. Słucham? - spytała wstrząśnięta matka, ale Hi już była poza mieszkaniem.


 Hi wyszła z mieszkania i dopiero na klatce schodowej zaczęła szczerze płakać. Jednak nie długo. Pomyślała sobie o tym, że nie ma powodzenia wśród chłopaków, ogólnie nie jest lubiana, zarywa do niej wyrzutek społeczeństwa i w ogóle beznadzieja. Najgorzej jest zostawić ot tak konkurs..

- Hilary, jak tam? Gotowa na jutrzejsze starcie ? - spytała na godzinie wychowawczej Hilary pani Osowska
- Jakie starcie !? Ja nic nie wiem, niedługo wyjeżdżam.
- Przecież jutro masz drugi etap konkursu, nie wiedziałaś?
- Nie. Nie jestem gotowa.Oh Gosh..
- Jesteś zwolniona z lekcji jutrzejszych i masz o 14.00 konkurs w kinie.
- Przyjadę na czas.
- Musisz zaśpiewać to co u nas, wiesz o tym?
- Proszę pani ja nic nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Najlepiej mnie wypiszcie z tego! Nie będę mogła już dalej uczestniczyć, bo.. Wyjeżdżam.
- A kto mówi, że w ogóle przejdziesz dalej?- spytał chamsko Norbert
- Cisza! - i nauczycielka zakończyła temat.


- Jak się czujesz? - odwiedziła Karinę Hi
- Źle. [osłabiona]
- Nie martw się, wyjdziesz z tego.
- Wiem. Oby.
- Słuchaj..
- Tak?
- Wyjeżdżam.- ledwie przeszło jej przez gardło. Wiedziała, że w pewnym sensie rani też koleżankę, ale ją to słowo niesamowicie raniło w serce.
- Co? Nie.. Tylko nie teraz.. [cicho; osłabiona]  Potrzebuję wsparcia..
- Masz je w Lukasie.. Dasz radę.. Nie znamy się tak długo, chyba jeszcze nie zdążyłaś do mnie przywyknąć.
- Ale lubię cię.. Oj.. Jaka ja jestem zmęczona..
- Nie mów nic. Przyniosłam ci ciastko, cukier ci pewnie spadł.
- Dziękuję. Kiedy wyjeżdżasz?
- Za 4 dni..
- Tak szybko? Bardzo szkoda.. A co z konkursem?
- Nic z tym konkursem. Wyślę im wypowiedzenie lub coś.
- Czyli już nie wrócisz ?! [Hilary nic nie odpowiada] Dobre to ciastko...
- Muszę już iść.. Baaj..
- Pa..

Wtorek. Drugi etap konkursu. Hilary nie zjawiła się. Sandra poszła, ale wygwizdana wyszła z kina, ale do finału się nie zakwalifikowała. I to tyle o wtorku.

Środa. Złożenie papierów do szkoły o wypisaniu Hilary przez jej brata. I to też już byłoby na tyle.

Czwartek. Hilary już nie szła do szkoły. Cały dzień siedziała naburmuszona w salonie, podczas gdy matka, ojciec i Dawid pakowali walizy. W tym jej, bo ta powiedziała, że nie ma zamiaru nigdzie jechać, więc jej torby ktoś inny musiał zapakować.

Piątek. No właśnie- PIĄTEK.

- Pół godziny?
- Tak pół godziny..
- Mamy tylko pół godziny, żeby się pożegnać?! Oszalałaś? - mówił oburzony Paweł- Nie mogłaś przyjść jakoś wcześniej? Herbaty spokojnie wypić nie zdążysz, o zgrozo..
- Przesadzasz. Jest Monika?
- A po co Monika.. ? Nie wystarczę ci ja do towarzystwa? [ogarnia grzywkę Hilary]
- Co ty robisz ?!
- Masz odżywkę. Zniszczyły ci się włosy.- wyciągnął jakąś tubkę z fryzjerskiej szuflady
- AHA. To gdzie jest Monika?
- Nie ma jej na tym piętrze, coś robi pilnego na górze.. Nie przeszkadzajmy jej! Ona nam też.. [niskim tonem]
- Słuchaj, czuję się dziwnie. W ogóle jakiś ty dziwny jesteś. Monika!! ('chodź na górę!') - I Hi pobiegła jak tylko mogła na górę. Paweł rzeczywiście był dzisiaj jakiś nieswój.

- Co cię sprowadza w nasze skromne progi? Przyszłaś się oficjalnie pożegnać?
- Nom..
- A Paweł co na to?
- Dziwnie się zachowywał. Ale nie o tym..
- Ee tam. Wczoraj był na imprezie alkoholowej, rozumiesz.. Ale Ok.. Będę tęsknić..
- A co ja mam powiedzieć?
- To chyba to samo uczucie dla obu stron.
- Nie. Ty przywykłaś do osoby, osobę łatwiej zapomnieć i znaleźć jej nasz osobisty osiągalny odpowiednik. Ja przywykłam do miejsca..
- Nadal mnie nie przekonujesz.. Znajdziesz przecież kiedyś piękniejsze miejsce niż Białystok.
- To może tak.. Ty przywykłaś do JEDNEJ osoby, ja do WIELU. Dużo osób tutaj poznałam, zaznałam przyjaźni i większej tolerancji niż tam.. Nie chcę tam wracać.
- Już lepszy argument.. No więc..
- So.. Time to say.. Goodbye!
- [Monice zaczynają pocić się oczy] Tak krótko się znamy..
- I co teraz z tego.. Wszystko jest beznadziejne..
- Jakoś musi być.. Lepiej czy gorzej.. Dasz radę.
- Nie dam.. Ja ci jeszcze obiecuję.. Wrócę tutaj czy starszy tego będą chcieli czy nie.
- Bez przesady.. Nie mieszkasz tu od lat, tylko miesiąc. Nie mogłaś się aż tak zakorzenić,
- Masz chyba rację, ale jakoś nie chcę jechać.. Dobra.. Będę szła, muszę się pożegnać z paroma osobami..
- Będziesz się żegnać z Hamem?
- Nie. Żegnam się z tymi, za którymi będę tęsknić.. Pójdę do Kariny, paru osób z klasy i jadę..
- No więc.. Szerokiej drogi..
- Dziękuję. Będę tęsknić.
- Ja również. Paa..
- Baaj..


[...]
- Tak wiem.. Ja też będę tęsknić, nawet może bardziej..
- Uwierz, robiłam wszystko.. Na prawdę!
- Tak, wiem, rozumiem.. Szkoda ..
- Kari.. Nie płacz..
- Nie płaczę.. Przykro mi po prostu..
- Będę pisać.
- Ta.. Każdy tak mówi, ale potem grzyby i muchomorki z tego wychodzą..
- Muszę już iść.. Zadzwonię jeszcze..
- Okej.. Pa.. Powodzenia i trzymaj się tam..
- Ty też.. Trzymaj się ciepło..


Hilary smutna poszła na spacer do lasu.. Spotkała tam Klaudiusza z kolegami, pożegnała się i poszła dalej. Doszła do jakiejś wioski poza Białymstokiem, aż w końcu zapukała do jakiś drzwi. Nikt nie otwierał. Zapukała znów. Cisza. Wokoło nikogo nie było. Usiadła zrozpaczona na ławce przy drzwiach. Zaczęła cichutko chlipać. Ogromnie nie chciała wyjeżdżać. Aż w końcu zasnęła głębokim i gorzkim od łez snem.
Po jakimś czasie obudziło ją czyjeś nawoływanie "Halo.. Obudź się.. Żyjesz.. ? Wstawaj.." i potrząsanie. Otworzyła oczy. Ujrzała starszą kobietę o miłym wyrazie twarzy, który wydawał się dziewczynie znajomy. Nie mogła tylko sobie przypomnieć kto to jest..

- Żyjesz, panienko? - spytała zatroskana starsza kobieta
- Um.. Tak.. Przepraszam, nie wiem co ja tutaj w sumie robię. Już się zmywam..
- Poczekaj Hilary, herbaty się napijesz, dopiero pozwolę ci pójść w daleką drogę.
- Pani mnie zna?
- A ty mnie nie ?
- Nie za bardzo. Kim pani jest?
- Ohoho.. Młoda damo, to kiepska jesteś. Wejdź do środka, zaparzę herbaty. - dziewczyna weszła za kobietą i rozejrzała się po wnętrzu starego domku. Z zewnątrz wydawało jej się, że zna ten dom. Aż w końcu zauważyła znajomą zabawkę z dzieciństwa:

- Pan Koktajl!
- Słucham? - spytała gospodyni
- No.. Pan Koktajl! Bawiłam się nim z Sywkiem jak mieliśmy po niespełna pięciu latach.. Zaraz.. Skąd pani go ma?
- No jak to skąd. Przecież jestem mamą Sylwiusza, jak mogłabym nie posiadać tych staroci w domu. To są skarby tego domu.
- Mama Sylwiusza, pani powiada? To dlatego pani mnie poznała..
- Owszem.
- Sylwiusza nie ma?
- Ee.. Sylwiusza? W domu.. Yy.. Nie.. Nie ma, go .. ? Nie ma. Yy.. Wyjechał.. Daleko! Do.. Do.. Do Warszawy!
- Do Warszawy?!
- Tak..
- Aha.. Jest pani pewna? 
- Przeprowadził się do ciotki, Zofii. Moja młodsza siostra. Tutaj nie miał nawet kąta, żeby jakoś się uczyć, a tam jest mu lepiej.
- Aha..
- Napijesz się herbaty?
- Nie dziękuję.. Co to było słychać?
- Ale.. ee.. co?
- No to.. Pani mąż jest na górze?
- Nie.. Zmarł..
- Ou.. ! Przepraszam, nie chciałam!
- Nie szkodzi. Na górze.. Koty!
- Aha.. No to proszę uważać, jeden KOT schodzi.
- Co? Nie, nie, nie! Zaraz.. ['KOT' wszedł do kuchni]
- Mamo, wiesz gdzie jest moja.. Hilary?!
- Tam siedzi przy stole.. To ja pójdę nakarmić psa.. - gospodyni wyszła
- Hilary ?! Co ty tutaj robisz ?!
- Przechodziłam.. Ale już idę.. Narazie.
- Nie, jak już jesteś.. Chodź do mnie do pokoju..
- Nie mam dużo czasu.
- A co?
- Dziś wieczorem wyjeżdżam..
- To jak ci się tak spieszy, to przyjdź nie wiem, w poniedziałek do mnie.. Głupio mi trochę.
- Wyjeżdżam do Dallas.
- Ou.
- Nom. No więc muszę iść. [Sywek podchodzi do niej bardzo blisko]
- Nawet 5 minut nie możesz? - Serce Hilary krzyczało 'TAK! Jeśli chcesz, dla ciebie zostanę nawet wieczność" ale w końcu odpowiedziało:
- Nie. - odsunęła swoją twarz od jego, obróciła się na pięcie, zacisnęła zęby i wyszła defiladowym krokiem. To za nim będzie najbardziej tęsknić.

Doszła do swojego osiedla. Rozejrzała się dookoła. Doszła do wniosku, że nawet nie była na placu przed jej klatką. Ale teraz już jej nie warto poznawać tego miejsca. Weszła do mieszkania, gdzie zastała cały hol zawalony walizkami. W salonie ojciec odłączał prąd, w łazience matka szykowała się do wyjścia, w kuchni Dawid szykował suchy prowiant.
Wybiła 19.00. Samolot odlatuje o 20.45.Rodzina Mushbee opuściła mieszkanie. Wszyscy chętnie, oprócz Hi, wsiedli do samochodu. Ruszyli. Mijali wszystkie miejsca gdzie Hi spacerowała ze znajomymi- centrum handlowe, park, lasek, off cafe, szkoła. To wszystko nagle stało się takie obce, a przecież takie nie było.

Dotarli na lotnisko po godzinie drogi. Przez cały ten czas rodzina kłóciła się z Hilary, tłumaczyli jej wszystko, jakby nie wiedziała. Usiedli na krzesełkach na lotnisku czekając, aż będzie można wejść do samolotu. Hilary wyszła na chwilę do łazienki. Przejrzała się w lusterku. Sprawdziła czy nie ma okruszków odpadającego tuszu na policzkach. Było OK. Wyjęła z torebki szminkę i pomalowała usta. Spojrzała głęboko w oczy osobie, którą widziała od kilku minut w lustrze. Nie wytrzymała. Zaczęła cichutko płakać, ale tak trochę na pół bez łez. Zaszkliły jej się oczy, ale chusteczką wytarła je, aby nie rozmazać sobie tuszu. Mimo, że z boku wyglądała na smutną, to jednak w duszy była wściekła. Ale przecież przy złości się nie płacze. Wyszła w takim stanie z pomieszczenia i niechcący drzwiami uderzyła pewnego faceta.

- Oh, I'm sorry.. I'm realy, realy sorry..
- Nothing happened. You fly somewhere or only you came?
- My plane's flying at quarter to nine.
- Oh, realy? Mine, too.
- Oh.. What time is it?
- Half past nine. I think you must go to you parents.
- Yeah, you're right..

Biegiem dotarła do rodziców wchodzących w 'rękaw' samolotu. Usiedli wszyscy w pierwszej klasie. Te 15 minut dzielące ich od startu trwało dla Hilary całą wieczność. Przez ten czas zdążyła sobie przypomnieć jak nienawidzi Dallas. Jak jej źle jest w tamtej szkole, że nie ma przyjaciół, a nawet dobrych znajomych, że wszystko tam jest sztuczne, nawet roślinność w parkach. Polska to na prawdę piękny kraj. Nagle przypomniało jej się dzieciństwo, przypomniał jej się Sylwiusz, przypomniała dzisiejsza oschła rozmowa. Ale szczerze, jej uczucia wobec Sywka są bardzo wymieszane. Z jednej strony kocha go miłością przyjacielską, z drugiej nienawidzi za jego stosunek do niej. Kocha i nienawidzi, tęskni i zapomina, chciałaby go zobaczyć, ale nie w tym życiu, zamieszkałaby z nim, ale jedynie we śnie, zabrałaby jakąś jego rzecz, ale nie dla siebie, szła by z nim za ręce, ale w rękawiczkach, przytuliłaby się, ale nie do niego, powiedziałaby mu słodkie słowo, ale jej myśli wyzywałyby go niemiłosiernie, zadzwoniłaby do niego, mówiąc, że jest kimś innym. Wszystko jest bez sensu, wszystko się krzyżuje i każdy ma w tym udział, mniejszy lub większy.
Rozległ się huk, szum i trzęsienie. Właśnie samolot ruszył. Była 20.46, podczas gwieździstej nocy. Był z zewnątrz oświetlony i podczas wznoszenia się coraz to w górę odbijał się w oczach wzruszonej Kariny siedzącej w oknie szpitala.